Menu Zamknij

Przedstawiamy się!

Wracamy wreszcie po nieco przedłużonej świątecznej przerwie (w czasie której tak znowu całkiem nie próżnowałyśmy, bo już niedługo możecie wypatrywać na stronie nowości   ) Pierwsze tablice bawią już małych manipulatorów, a my odkurzamy śrubokręty i szlifierki. W międzyczasie okazało się, że na Facebooku nie jest nas już 100, czy nawet 200, ale prawie 400 – i słowo dajemy, to naprawdę nie tylko nasza rodzina i znajomi – bo umówmy się, pierwsze sto łapek zawsze leci od przyjaciół – za co zresztą bardzo Wam dziękujemy

Skoro jednak jest tu kilka nieznanych nam twarzy, dla których i nasze znane nie są, postanowiłyśmy się pokazać i przedstawić, a w najbliższym czasie opowiedzieć co nieco o tym, jak się zrodziło to nasze małe zamieszanie, wywołując po drodze sporo zabawnych sytuacji.

Wracamy wreszcie po nieco przedłużonej świątecznej przerwie (w czasie której tak znowu całkiem nie próżnowałyśmy, bo już niedługo możecie wypatrywać na stronie nowości   ) Pierwsze tablice bawią już małych manipulatorów, a my odkurzamy śrubokręty i szlifierki. W międzyczasie okazało się, że na Facebooku nie jest nas już 100, czy nawet 200, ale prawie 400 – i słowo dajemy, to naprawdę nie tylko nasza rodzina i znajomi – bo umówmy się, pierwsze sto łapek zawsze leci od przyjaciół – za co zresztą bardzo Wam dziękujemy

Skoro jednak jest tu kilka nieznanych nam twarzy, dla których i nasze znane nie są, postanowiłyśmy się pokazać i przedstawić, a w najbliższym czasie opowiedzieć co nieco o tym, jak się zrodziło to nasze małe zamieszanie, wywołując po drodze sporo zabawnych sytuacji.

Chcąc zrobić to porządnie, musimy cofnąć się do prapoczątków, czyli tego, że poznałyśmy się w pracy. Wiceprezes jednej z organizacji pozarządowych poszukiwała niani dla dziecka, a koordynatorka jednego z projektów tejże organizacji (a przy okazji studentka pedagogiki) wydała się całkiem niezłym pomysłem. Tak oto Juliusz zyskał nianię, Ania dodatkowe zajęcie, a Ola możliwość kontynuacji pracy w pełnym wymiarze. W międzyczasie okazało się, że taki układ działa całkiem sprawnie, a my nie tylko naprawdę fajnie się dogadujemy, ale nawet bardzo lubimy i możemy pogadać o czymś więcej niż pogoda i to, co działo się na placu zabaw. Tak więc sobie funkcjonowaliśmy aż do czerwca, kiedy Ola postanowiła odejść z pracy. A że stan „nic nierobienia”, jako rodowitej Ślązaczce, jest jej zdecydowanie obcy, zaczęła wymyślać co by tu zrobić, żeby nie musieć nic nie robić. Pomysłów było więcej, ale po kilku przegadanych godzinach stanęło na tym, że zaczynamy szkolić nasze manualne zdolności i robimy tablice dla maluchów. Tak się akurat złożyło, że i tutaj całkiem nieźle się dobrałyśmy. Jeśli jeszcze nie przestaliście czytać, to pozwólcie, że wreszcie przejdziemy do meritum i się przedstawimy.

Jest więc Ola przede wszystkim żona Janka, mama wspomnianego Julka i jeszcze kryjącej się w brzuchu Anielki, a w Abam pomysłodawczyni całego tego ambarasu, jego mózg i dyrektor operacyjny. Pierwszą rzeczą, którą zrobiła Ola, gdy pomysł już się przyjął – co pewnie nie zdziwi nikogo, kto ją zna, albo kto miał okazję z nią pracować – było stworzenie excela, w którym rozpisała plan działania, kosztorys, biznesplan i wszystko, czego potrzebujemy na najbliższe pół roku. Gdy normalnemu człowiekowi wydać by się mogło, że jest to absolutny szczyt excelowskiej sztuki, Ola stworzyła dokument numer dwa, który był inwentarzem półproduktów potrzebnych do stworzenia tablic. Swoją rubryczkę miała tam każda śrubka, guziczek, czy sznurówka, nie trzeba chyba dodawać, że z ceną, miejscem i datą zakupu – bo to przecież zupełnie naturalne   Poza pracą i dla odstresowania, Ola uwielbia jeździć samochodem, więc podróże po pasmanteriach i tartakach okazały się połączeniem przyjemnego z pożytecznym.

Drugą połową tego duetu jest Ania. Żeby z zabawek była zabawa, nie mogą być tylko zestawem deski i policzonych śrubek. Potrzebna jest dusza i zrozumienie dziecięcych potrzeb i intuicji. I o to właśnie dba Ania- z wykształcenia pedagog. I jeśli jest w jej otoczeniu albo wśród dzieci znajomych, jakiś maluch, którym się jeszcze nie opiekowała albo z którym się nie bawiła, to chyba tylko kwestia czasu. Góralka z pochodzenia, drewno zna od podszewki i obsługa szlifierki nie jest dla niej żadnym dużym wyzwaniem (choć pierwsze jej użycie zostało ochrzczone krwią i pozostawiło mały ślad na dłoni  . Ostoja spokoju i oaza pozytywnego myślenia. Czasem niepoprawna optymistka, dzięki entuzjazmowi której nawet trudne chwile okazują się być źródłem dobra.

  1. Łączy nas jeszcze jedno – nie do końca odnajdujemy się w Insta-świecie pełnym zdjęć, portretów i selfie. Dlatego na szybko robione „selfie z rąsi” to nasze pierwsze wspólne zdjęcie od dwóch lat i uwierzcie, że kosztowało nas więcej niż niejedna rana cięta przy tworzeniu tablic. Liczymy więc na wyrozumiałość

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *